|
|
|
Wspólne zakupy raz w tygodniu w Tesco, czy innym Realu. Rachunki i narzekanie na wrednego szefa. Nic takiego. Zwyczajne życie. Tylko rodzina taka niezwyczajna. Przynajmniej nie dla wszystkich.
Wynajmują mieszkanie w bloku na jednym z osiedli w Rzeszowie. W jednym z tych bezstylowych mrówkowców, wymalowanych na pstrokate kolory jeszcze w latach 90-tych. Że niby jak komuna upadła to życie nabrało barw. No ale wiadomo, że nie wszystkich. Jednym dostała się Riviera, innym blok w świński róż. Nie ma o czym gadać. Wychowują dziecko, które codziennie trzeba zaprowadzić i odebrać z przedszkola. Kombinować jak zachoruje. W niedzielę – obiad u „teściowej”. Wieczorem jakiś nieangażujący film, czy serial – w końcu rano trzeba wstać do pracy. Pranie, sprzątanie, gotowanie i tak w koło Macieju. Kłótnia o to, kto dzisiaj zmywa gary albo odkurza. Kto wyniósł śmieci w ostatnią sobotę. Wspólne zakupy raz w tygodniu w Tesco, czy innym Realu. Rachunki i narzekanie na wrednego szefa. Nic takiego. Zwyczajne życie. Tylko rodzina taka niezwyczajna. Przynajmniej nie dla wszystkich.
Skończyło się mówienie „dzień dobry”, pytanie o zdrowie, wszystkie sąsiedzkie pogadanki
Anita: Jeszcze jakby na miejsce jednego faceta wprowadził się następny, to jakoś by było. Wiadomo jak jest. Życie nie bajka. A mój lubił i wypić, i poawanturować od czasu do czasu. To ja musiałam wstawać o 4 rano, żeby przygotować śniadanie dla siebie i dziecka, zrobić pośpieszny makijaż, ogarnąć mieszkanie, zaprowadzić małego do przedszkola i jeszcze zdążyć do pracy – on odsypiał wczorajszą libację. Więc jakby się inny facet pojawił, to by sąsiadów nie zdziwiło. Ci starsi w kółko mi powtarzali: Anita, ty to dawno powinnaś zostawić tego drania i poszukać sobie jakiegoś porządnego chłopa…
No i się pojawił. Tyle, że nie chłop a baba. I się zaczęło. Może nie jakieś jawne dyskryminacje. Nikt nikogo nie obraża, nikt na nikogo wyzwisk nie rzuca, tu kulturalni ludzie przecież mieszkają, więc co to, to nie. Ale się skończyło mówienie „dzień dobry”, pytanie o zdrowie, wszystkie sąsiedzkie pogadanki. Teraz to tylko wrogie spojrzenia spod ściągniętych brwi, wymowne trzaskanie drzwiami, udawanie, że się nie widzi. Anita: Jeszcze, jakby na nas dwie tak reagowali, ale co im dziecko zawiniło?! Monika: Z Ciemnogrodem trudno jest walczyć.
Mysza, Basica, Iwa mówią to samo. Że ludzie traktują homoseksualistów jakby byli jacyś chorzy, nienormalni, najłagodniej mówiąc - inni. - A ty co o nas myślisz? – Basica rzuca mi groźne spojrzenie. Dziewczynom musi być ciężko, w moich pytaniach węszą od razu podstęp, wszystkie są mocno poirytowane, choć tylko Basica przyjmuje postawę bojową. No bo jak długo można się ukrywać. Płacić za czyjeś uprzedzenia i homofobię? Basica: To oni mają problem, nie my!
W mieszkaniu Anity dziewczyny są „wyluzowane”. Rozmawiają, piją kawę, żartują. Młode, pewne siebie kobiety. Część studiuje, część pracuje. Nie wyglądają na zaszczute. Ale to nie do końca prawda. Bo totalnie swobodne mogą być tylko w środowisku branżowym. Ono daje im siłę. Wiedzą, że nie są same. Że jest tysiące osób takich, jak one. I że w innych krajach jest lepiej. Tam się szanuje różnorodność. Ludzie rozumieją, że „norma” to tylko skrót myślowy, a orientacja seksualna to prywatna sprawa każdego człowieka. Że nie wolno włazić komuś z butami do łóżka, bo można zabrudzić pościel.
My nie chcemy, żeby łaskawie nas tolerowano na obrzeżach uświęconej normy. My chcemy tą normę poszerzyć
Iwa: W Polsce rządzi „kościołowy” punkt widzenia. Dobrze jest, jak jest „po bożemu”. Jak jest mąż i żona, to wszystko gra. Choćby mąż pił i bił. Wtedy to się nazywa trudności małżeńskie. Za to dwie lesbijki to dzieło szatana. Jakaś dewiacja. Coś, co powinno się leczyć. W Polsce rządzi hipokryzja i zakłamanie. W innych krajach to nie do pomyślenia.
Dlatego dziewczyny wolą swoje towarzystwo. Dyskutują na forach, wymieniają się zdjęciami na naszej klasie, mają znajomych z całego świata na facebooku. Razem spędzają wakacje, sylwestra, urodziny. W pracy się ukrywają, ze strachu przed zwolnieniem. Za to nie boją się wytykania palcami.
Nie wszystkie powiedziały rodzicom. Iwa: Mama myśli, że z koleżanką wynajmuję mieszkanie. Raz nas nawet odwiedziła. Przyjechała rano, bez uprzedzenia. W łazience nasze brudne rzeczy wymieszane razem, jedna suszarka, prostownica. W kuchni naczynia z jednego kompletu, kubki z napisem: „mojej” w zlewie. Mnóstwo detali, świadczących o tym, że jesteśmy parą. Przynajmniej nam się tak wydawało. Ale mama się nie zorientowała. Chyba jej nawet ulżyło, ze nie zastała mnie w łóżku z facetem (śmiech). Kiedyś jej powiem, na pewno.
Monika, która od ponad roku mieszka z Anitą i jej dzieckiem ,„coming out” ma już dawno za sobą. Monika: Ja zawsze byłam niezależna. Niespecjalnie dziewczęca, ale i nie chłopczyca. Bez żalu, choć i bez specjalnego entuzjazmu lepiłam z mamą pierogi na wigilię. Wspinałam się po drzewach i nie płakałam nad rozbitym kolanem, nie strzelałam do ptaków z procy. Wydaje mi się, że byłam normalnym dzieckiem. Nie marzyłam o roli aktorki, ale i nie był ze mnie babochłop. Nie miałam kłopotów z określeniem siebie. Żadnego poszukiwania tożsamości, szukania pomocy u specjalisty. To jakoś samo przyszło. Spotykałam się z mężczyznami, aż wreszcie odkryłam, że to nie to. Mama? Była załamana. Nie wiem, czy to było demonizowanie nowego. Chyba po części tak: traktowała homoseksualistów jak jakąś sektę. Ale teraz myślę, że najbardziej bolała ją myśl, że nie doczeka się wnuka. [Teraz już ma! (śmiech)]. Powiedziałam jej, bo wiedziałam, że bez jej aprobaty sobie poradzę. Nigdy nie miałam problemów ze znalezieniem pracy. Pracowałam od 16-go roku życia i zawsze miałam swoje pieniądze.
Pytam dziewczyny, czy uczestniczyły kiedyś w paradzie. Zgodnie odpowiedziały, że nie i nie mają takiego zamiaru. Nie do końca zgadzają się z jej ideą. – My nie chcemy, żeby łaskawie nas tolerowano na obrzeżach uświęconej normy. My chcemy tą normę poszerzyć – mówią.
Kiedy wychodzę od Anity, mam mieszane uczucia. Sama przyszłam do nich z tego świata pobłogosławionej przez kościół normy. Z tej bezpiecznej, ciasnej i bezwzględnej nory, zamkniętej na wszystko, co przychodzi z zewnątrz. Jak w tych programach, gdzie nieudolny pan redaktor ukazuje życie egzotycznych plemion i pyszni się swoją otwartością, a w jego głosie pobrzmiewa poczucie wyższości wysłannika lepszej cywilizacji. Choć to jeszcze można zrozumieć. Ale skąd u mnie to poczucie nieznanego? Bo przecież to nie zwykłe skrępowanie, wynikające z tego, że się widzi kogoś po raz pierwszy. Zakleszczyłam się w zbiorowym uprzedzeniu, którego nawet nie jestem w stanie zidentyfikować.
Co jest lepsze dla dziecka – dwie kobiety i poczucie bezpieczeństwa, i miłości, czy ojciec, który ciągle pije i wyzywa matkę?
Monikę i Anitę odwiedzam kilka dni później. Dziewczyny właśnie kończą śniadanie. Siedzę z kubkiem kawy i przyglądam się tej porannej krzątaninie. Zwyczajnej i domowej. Kiedy Anita wstaje, żeby rozwiesić pościel na balkonie, a mały wylizał już miseczkę z płatków i w skupieniu zaczął oglądać bajkę, Monika siada bliżej mnie. – Nie zawsze tak to wyglądało – mówi szeptem. – Kiedy się wprowadziłam mały był nerwowy i rozwrzeszczany, a Anita przemęczona. Nie potrafiła zrozumieć, że ktoś może przejąć część jej obowiązków i po prostu ją odciążyć. Zachowywała się jak zaharowana Matka Polka, która kurczowo trzyma się swojego mopa. Teraz jest inaczej. Nauczyła się odpoczywać i wszyscy na tym skorzystaliśmy.
- A co z małym? – pytam. Monika: Jak na razie jestem po prostu ciocią. Będziemy mu wszystko tłumaczyć stopniowo. Mówić, że w niektórych rodzinach jest mama i tata, a w innych dwie mamy. Jeżeli ktoś mi powie, że dziecku potrzebny jest ojciec, to go zapytam, co jego zdaniem jest dla małego lepsze – dwie kobiety i poczucie bezpieczeństwa, i miłości, czy ojciec, który ciągle pije i wyzywa jego matkę. Zdajemy sobie sprawę, że będzie coraz ciężej, ale to nie my jesteś tego powodem, tylko społeczeństwo, które narzuca taki, a nie inny model rodziny i mówi, co jest właściwe, a co nie. A przecież nawet nas nie zna!
(Imiona bohaterek zostały zmienione)
BM hej.rzeszow.pl